Zastanów się na chwilę: kim jesteś?
Nie tylko jako mama czy tata. Kim byłeś, zanim zostałeś rodzicem? Co się w Tobie zmieniło? Jakim jesteś wzorem dla swojego dziecka – nie według ideałów, ale w codziennych gestach, słowach, decyzjach?
Każdy z nas pełni wiele ról: partnera, pracownika, córki, syna, przyjaciela. Rodzicielstwo to jedna z nich – wyjątkowa, intensywna i... często bardzo osobista. Marzymy o dziecku, bo chcemy, by nasze życie było pełniejsze, głębsze, piękniejsze. Czasem traktujemy rodzicielstwo jako projekt – „najważniejszy w życiu”. Ale z każdym dniem przekonujemy się, że dziecko nie jest tylko spełnieniem naszych nadziei. To osobna istota. Z własnym temperamentem, potrzebami, możliwościami i ograniczeniami.
Dzieci kochają nas bezwarunkowo od pierwszego dnia. Obdarzają nas zaufaniem, zanim jeszcze wypowiemy pierwsze zasady i zanim zdążymy je zawieść. Nie oceniają. Po prostu chłoną. Nie słuchają naszych kazań – obserwują i kopiują nasze zachowania. To, jak mówimy, jak reagujemy, jak odpoczywamy (lub nie), jak rozwiązujemy konflikty. To wszystko trafia do nich głębiej niż jakiekolwiek słowa.
Nasze dzieci przychodzą na świat z naturalnymi zdolnościami i talentami. Nie potrzebują doskonałości – potrzebują dorosłych, którzy są obecni. Którzy uczą życia poprzez przykład. Potrzebują przewodników, którzy znają drogę, ale też są gotowi się zatrzymać, zadać pytanie, przyznać: "Nie wiem, spróbujmy razem".
A jednak – często zamiast towarzyszyć dziecku w jego drodze, zaczynamy „tworzyć” je na nasz obraz. Zapisujemy je na kursy, dodatkowe zajęcia, starannie dobieramy towarzystwo, narzucamy plan. Wszystko w dobrej wierze. Tyle że czasem zapominamy zapytać: czy moje dziecko naprawdę tego potrzebuje? Czy to jest jego potrzeba, czy moja?
Bo bywa tak, że nasze własne niespełnienia, ambicje lub lęki stają się cichym motorem wychowania. Chcemy „wszystkiego najlepszego” – ale czy mamy na myśli najlepsze dla dziecka, czy najlepsze według siebie?
Z jednej strony – rodzic surowy, wymagający, który nieustannie pcha dziecko do przodu. Z drugiej – rodzic, który boi się odmówić, bo nie znosi widoku płaczącego dziecka. Czasem działa w nas głos zranionego dziecka, które samo kiedyś nie było zauważone – i teraz robi wszystko, by zrekompensować to swojemu potomstwu.
W obu przypadkach zapominamy o najważniejszym: dziecko potrzebuje autentycznego, dorosłego człowieka. Nie kogoś, kto się poświęca i niknie, nie kogoś, kto dyktuje zasady z piedestału. Potrzebuje kogoś, kto zna siebie. Kto potrafi powiedzieć: „teraz potrzebuję odpocząć”, „tego nie zrobię”, „tego nie wiem – poszukajmy razem”.
Dziecko uczy się przez nasze życie.
Czy pokazujesz mu, jak się troszczyć o siebie? Jak mówić „nie”? Jak odpoczywać bez poczucia winy? Jak dbać o własne pasje i zdrowe granice?
Czy jesteś rodzicem, który żyje „w służbie” dzieciom, tłumacząc wszystko poświęceniem, a w środku czuje się wypalony i pusty? A może udajesz, że wszystko jest w porządku, a dziecko – czując Twoje napięcie – zaczyna pokazywać trudne zachowania?
To nie przypadek. Dziecko często „dotyka” w nas tych obszarów, których sami jeszcze nie przepracowaliśmy. Zamiast traktować je jako problem – możesz potraktować to jako zaproszenie. Do poznania siebie. Do budowania nowego rodzaju relacji.
Zadaj sobie kilka prostych, ale ważnych pytań:
- Co naprawdę lubisz robić?
- Co Cię cieszy?
- Jak odpoczywasz?
- Jakie masz pasje?
- Czy patrzysz na siebie z czułością i wyrozumiałością?